5 lis 2016

OH NO! ZNOWU CI NIE UGOTOWAŁAM OBIADU!



Bywa, że doprowadzam męża do szału. Wpada do domu głodny jak wilk, szuka bidulek po garach, w lodówce... a tam wielkie NIC. Pusto, aż wiatr hula. Złości się, rzuca mięsem (nomen omen), wygraża że odeśle do domu (jakby mnie sobie "sprowadził" z antypodów co najmniej, nie?), że złoży pozew o rozwód (jasne, najpierw go trzeba napisać, a mężowy jak ma coś napisać to zrzuca to na mnie, to co? sama mam się ze sobą rozwieść? nie da rady...) i pieni się piekielnie. Wiadomo, chłop głodny - chłop zły. 
'Coś Ty robiła cały dzień?' Krzyczy wniebogłosy.
Co? Odpicowałam się dla Ciebie bejbe - uczesałam sie, ładnie ubrałam, zrobiłam profesjonalny makeup "no makeup", pomalowałam paznokcie, podzwoniłam po znajomych, posiedziałam na fejsie, poserfowałam sobie w necie, trochę poczytałam...ogólnie nuda... w zasadzie to leżę, pachnę i czekam na ciebie low...
Pan od ślubu wybałusza na mnie swe patrzały... wszak stoję przed nim w powyciąganych (jeszcze pamiętających czasy ciąży) dresach, z włosami które szczotki nie widziały na pewno od wczoraj, z twarzą poszarzałą i świecącą się jak... (no, wiadomo co...), z paznokciami, na których prześwitują resztki czegoś, co kiedyś może manicure'm było... no stoję ekhm... trochę jakby wczorajsza...
A co myślałeś? Teraz ja krzyczę... Że ci dwudaniowy obiad, i to jeszcze z deserem, zaserwuję? Co godzinę, dwie karmię, przebieram bo się ulewa, przewijam bo jak się je, to się i zmoczy i (wiadomo co...), noszę na rękach, tulę, głaszczę, podnoszę i odkładam, ratuję z opresji (wyciągam nogi poprzekładane przez szczebelki łóżeczka), bawię się, śpiewam, gadam, opowiadam, świat pokazuję i tłumaczę, wysłuchuję krzyków i marudzenia, domyślam się o co mu chodzi, usypiam, a kiedy zaśnie na chwilę - lecę skorzystać z toalety i złapać cokolwiek, co można zjeść i ma trochę kalorii... Do tego odbębniłam to całe prasowanie, które leży na desce od tygodnia jakbyś nie zauważył, bo dziecko musi mieć wyprane i poprasowane (takie moje zboczenie - prasuję wszystko).
Mąż lekko zbity z tropu, łatwo się jednak nie poddaje (jak to przystało na prehistorycznego myśliwego, który gdy  po miesiącach niejedzenia dopadnie cokolwiek, to tłucze maczugą dopóty, dopóki zwierz nie wyda z siebie  ostatniego tchnienia), kontynuuje swoją tyradę i znowu grozi, ze odeśle mnie do mamusi (w tym miejscu pada konkretny adres z numerem domu), że on z nudów by coś ugotował, że nie tak on sobie życie wyobrażał i bla bla bla... bliżej nieokreślony bełkot. Nie słucham już. Nie tak sobie życie wyobrażałeś... (tutaj pada wiele niecenzuralnych wyrazów, aż sama się sobie dziwię skąd u mnie tak bogaty zasób słownictwa)? No popatrz... ja też. Macierzyństwo miało być takie piękne... miałam być taką "nowoczesną mamą", wszędzie z dzieckiem, ładnie ubrana, pomalowana, uśmiechnięta... no, jak z żurnala. A rzeczywistość? Czasem mnie przerasta. Niewyspana, zmęczona, zarzygana, potargana w powyciąganych dresach. Na nogach non stop. Ty musisz odpocząć bo cię boli głowa, krzyż itp. Ja nie mam kiedy odpocząć bo dziecko wymaga całodobowej opieki i uwagi. I proszę, nie zrozumcie mnie źle - bycie mamą jest piękne i nie zamieniłabym tego na nic innego, ale to też katorżnicza praca i niekończąca się harówka polegająca na wykonywaniu na pozór błahych czynności. Błahych dla nas - dorosłych... ale nie dla dziecka. Dla niego jestem całym światem. Ono potrzebuje mnie i mojego CZASU... więc sorry bejbe, ty już wydoroślej (w moim życiu jest już ktoś ważniejszy od ciebie) i dzisiaj obiad zjedz na mieście, ugotuj se sam albo zjedz... u swojej mamusi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz