27 paź 2016

RODZIĆ PO LUDZKU - CZYLI HISTORIA MOJEGO PORODU


Spodziewając się swojego pierwszego dziecka, zostałam na wiele dni "uziemiona w łóżku". Na szczęście dzisiaj, w dobie internetu, takie "polegiwanie" wydaje się mniej okrutne i nużące niż w erze przedinternetowej. Można przecież przeglądać, blogi, oglądać filmiki na Youtube i takie tam... Często, dziewczyny dzielą sie w nich swoimi przeżyciami związanymi z porodem. Niektóre opowieści naprawdę mrożą krew w żyłach. Jeśli w ciąży jesteś po raz pierwszy, to takie historie potrafią nieźle wystraszyć. Oczywiście, nie neguję przeżyć tych kobiet, bo odczuwanie porodu to sprawa mocno indywidualna. Zachęcam jednak do odpuszczenia sobie tego typu "lektury" lub "słowa mówionego". Po pierwsze dlatego, że nie możesz przewidzieć, jak będzie wyglądać Twój poród, a po drugie dlatego, że nie ma nic gorszego, niż "złe nastawienie" w tym szczególnym dniu. Jeśli macie ochotę przeczytać historię pozytywnego porodu zapraszam do dalszej lektury.

Jak wyglądał mój poród?
Nie było to żadne "mistyczne" doświadczenie, jak opisują to niektóre panie. Po prostu - czysta fizjologia. W efekcie - zostałam mamą.


Jak się zaczęło?
Niestety nie zaczęło się od żadnego spektakularnego chluśnięcia wodami płodowymi (na które trochę po cichu liczyłam;)). Zaczęło się od krwawienia. Niezbyt dużego... ale jednak krwawienia. Najpierw było to delikatne plamienie, a po kilku godzinach już krwawienie żywo czerwoną krwią. Oczywiście już plamienie konsultowałam ze swoim lekarzem prowadzącym - ale sądziliśmy, że to efekt wcześniejszego badania (tego wieczoru zgłosiłam się do kontroli, bo zbliżał się już termin i te "kontrolę" byly częstsze).


Czy bolało?
No cóż, nie będę kłamać - bolało. Pamiętam, że w trakcie prosilam męża żebyśmy na pierworodnym poprzestali:). Ból był jednak do zniesienia i nie trwał zbyt długo. Nie wiem czy na intensywność odczuwania bólu wpłynął fakt, iż wlano we mnie morze oksytocyny. Wiele razy natrafiłam na informacje, że oksytocyna wzmaga odczuwania bólu. Niestety nie mam porównania... więc ciężko jest mi sie odnieść do tej kwestii.


Krótki opis tego, co się wydarzyło
Do szpitala zgłosiłam się koło 4.30 nad ranem bo dostałam krwawienia i odczuwałam pobolewania brzucha takie, jak przy okresie (chociaż te pobolewania były nieregularne od 1-3 w ciągu godziny). W każdym razie, po konsultacji telefonicznej z lekarzem prowadzącym, przyjechalam na izbę przyjęć. Tam zostałam zbadana i okazało się, że mam już 5 cm rozwarcia... więc zostaję rodzić... Zabrano mnie trakt porodowy, gdzie sobie spokojnie przeleżałam do  godziny 8... W tzw. międzyczasie zrobiono mi ktg, w którym nie zapisały się niestety żadne skurcze...  Słyszałam jak już mi szukano miejsca na sali przedporodowej, bo pierwsza ciąża, brak czynności skurczowej, brak jęczenia i krzyków... czyli kobita jeszcze nie rodzi... W trakcie kolejnego badania okazało się jednak, że mam już rozwarcie na ok. 8 cm, a więc akcja postępuje... Wszyscy byli w szoku... Położna dopytywała czy nic mnie nie boli... - nie bolało... pobolewalo trochę czasem jak przy okresie... Znowu mi podłączono ktg i znowu  "skurczowa cisza". Pan Doktor z dyżuru zadecydował, że podadzą mi oksytocynę... i tak też się stało... koło godziny 10 zaczęłam odczuwać pierwsze skurcze... były bolesne ale do zniesienia... mogłam się bujać na piłce i to naprawdę pomagało... Poszłam też pod prysznic i tam też bujalam się na piłce i polewalam sobie brzuch ciepła wodą... Koło godziny 11 dostałam już naprawdę bolesnych skurczy, szyjka byla rozwarte na 9 cm i został jej koniuszek, mały zaczął się wstawiać do kanału rodnego i to był najbardziej bolesny moment w moim porodzie... ponieważ nie odeszły mi wody to lekarz przebił pęcherz płodowy i... dalej czekaliśmy na pełne rozwarcie... W tym czasie nie wolno mi było przeć  chociaż  czułam już taką chęć... Skurcze parte nie były już tak bolesne jak te przy końcówce rozwierania się szyjki i niestety u mnie wygasały więc podkręcono mi oksytocynę... Moje dziecko przyszło na świat o godzinie 13 :)... Prawdziwych boleści doświadczyłam przez jakieś 2-3 godziny.
Nie obeszło się niestety bez tzw. "ochrony krocza" i zostałam nacięta. Nacięcie nie bolało mnie wcale. Szycie już trochę odczuwalam... ale też nie mogę powiedzieć, że bolalo. Po mniej więcej 3 godzinach od porodu już byłam na nogach:). Przy wstawaniu asystowała mi położna. Proponowano mi też środki przeciwbólowe ale podziekowalam, bo nie widziałam takiej potrzeby. Obkurczanie macicy nie bolało mnie wcale. Muszę przyznać, że w szpitalu, w którym rodzilam, opieka na kobietami w czasie i po porodzie była naprawdę rewelacyjna. Oczywiście mogłabym narzekać na pewne rzeczy np. moj poród oglądało z 7 osób (łącznie z położną i lekarzem) ale nie przeszkadzało mi to wcale (no może prawie wcale bo zawsze byłam dwukrotnie badana - przez lekarza dyżurujacego i lekarza rezydenta, a te badania w czasie porodu delikatne nie były).
Wiem, że gdybym miała zdecydować się na kolejne dziecko to rozważałabym znieczulenie zewnątrzoponowe.  Wolałbym też uniknąć powtórnego nacinania bo niestety jest to jednak zawsze cięcie chirurgiczne i w pierwszej dobie po porodzie siadanie bywa problematyczne:). Także kobietki, które oczekujecie na swój pierwszy poród siłami natury - głowa do góry i nastawcie się pozytywnie! Nie czytajcie tych wszystkich strasznych opinii w internecie! Uwierzcie w siebie i słuchajcie swojego ciała. Słuchajcie też położnej bo ona więc jak poprowadzić poród tak, żeby trwało to jak najkrócej! Trzymam za Was kciuki! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz